Przez kolejnych kilka tygodni będę spisywać moje wrażenia z regularnej praktyki medytacji dynamicznej. To eksperyment na moim ciele, emocjach i umyśle. Chcę sprawdzić, w jakim stopniu i czy w ogóle medytacja dynamiczna wpłynie na moje samopoczucie. No to jedziemy.

Dlaczego postanowiłam podjąć wyzwanie medytacyjne

Jestem copywriterką. Każdego dnia piszę artykuły i prowadzę social media moich klientów. Praca pod presją (klientów, czasu, liczby zleceń etc.), codzienne wyzwania, zmęczenie, przebodźcowanie spowodowane koniecznością śledzenia mediów społecznościowych i zmieniających się trendów oraz nadążenie za zmieniającym się światem – to moja codzienność. Do niedawna radziłam sobie z tym wszystkim całkiem nieźle, ale ostatni rok był dla mnie wyjątkowo trudny. No cóż, współczesny świat nie jest stworzony dla osób wysoko wrażliwych, ze sporym bagażem niekoniecznie dobrych doświadczeń.

Za sprawą obecności w moim życiu Uli Radzińskiej i My Meditation Space, medytacje aktywne były w moim życiu obecne od kilku lat. Ale korzystałam z nich raczej sporadycznie. Kiedy w końcu znalazłam w sobie przestrzeń, aby pracować nad powrotem do zdrowia i równowagi, Ula zaproponowała mi udział w kursie dla instruktorów medytacji OSHO. Nie wiem, czy była to wiadomość wysłana od wszechświata, czy zwykły przypadek, ale poczułam, że muszę za tym podążyć. Poczułam też, żeby to doświadczenie miało sens, muszę sama doświadczyć medytacji aktywnych przez dłuższy czas, a nie tylko sporadycznie.

Medytacja ekstremalna?

Podobno to królowa medytacji aktywnych. To najbardziej intensywna medytacja, spośród wszystkich medytacji stworzonych przez OSHO. Być może dlatego medytacja dynamiczna mnie nie zachwyciła. Moja kondycja nie jest najlepsza – nieregularna joga i spacery z psem to jedyne aktywności fizyczne obecne w moim życiu. A medytacja dynamiczna jest… dynamiczna. Moje dotychczasowe próby medytowania z jej pomocą kończyły się zmęczeniem i znużeniem. Dziś pewnie odczytałam bym to jako sygnał, że muszę odpocząć, ale wtedy byłam raczej zniechęcona. Spodziewałam się przypływu energii, a byłam wykończona. Oceniłam ją jako ekstremalną techniką medytacyjną dla twardzieli.

Dlaczego medytacja dynamiczna?

Dlaczego zatem podjęłam wyzwanie z medytacją dynamiczną? Bo to właśnie ona jest uznawana za medytację o największej sile. Cały proces składa się z 5 części. Poprzez ruch i poruszenie ciała, porusza także emocje i wszelkie zastygłe schematy, w których utknęliśmy, a które utrudniają nam codzienne funkcjonowanie. Chcę sprawdzić, czy rzeczywiście medytacja dynamiczna pomoże mi dotrzeć do źródła mojego złego samopoczucia i negatywnych nawyków, rozpracować je i odpuścić. Liczę, że medytacja dynamiczna będzie mnie wspierać w trudnych chwilach i będzie ważną częścią mojego procesu zdrowienia.

Będę więc medytować przez następne 9 tygodni i sprawdzę, jaki wpływ ma na mnie „królowa”. Będę medytować sama i w grupie. Trzymajcie kciuki.

Kilka uwag na początek

Medytacja dynamiczna to silny proces, który może uwalniać silne emocje. Jeśli doświadczyłeś traumy, masz zaburzenia psychiczne, bierzesz leki – skonsultuj się z lekarzem lub psychologiem i praktykuj TYLKO pod okiem doświadczonego i certyfikowanego instruktora medytacji OSHO. Możesz dołączyć do medytacji w My Meditation Space (w Warszawie lub online) lub w innych miejscach, w których medytacje OSHO prowadzą certyfikowani instruktorzy OSHO.

Moja relacja dotyczy tylko i wyłącznie moich odczuć i wrażeń. Kiedy zaczniesz praktykować, możesz czuć się zupełnie inaczej. Lub podobnie. Obie opcje są OK.

Dalsza część artykułu pod zdjęciem

Kasia Kubiak - medyatacja dynamiczna

Medytacja dynamiczna – tydzień pierwszy

Dzień 1.

Jest poniedziałek. Miałam fatalną noc. Poprzedniego wieczora moje dziecko długo nie mogło zasnąć. W nocy pojawiło się z misiem pod pachą i oświadczyło, że będzie z nami spało. Jakby tego było mało, o 4 nad ranem zadzwonił telefon. Pomyłka. Do rana, czyli do 6.30, nie zasypiam. W głowie kłębią się lęki małe i duże. Kto ma GAD, ten wie. Mój umysł generuje mnóstwo powodów, dla których to nie jest dobry dzień, żeby rozpoczynać „eksperyment medytacyjny”. Nie poddaję się mu i o 8 rano włączam muzykę do medytacji dynamicznej.

Pierwsza faza

Dużo myśli. Staram się skupić tylko na wydechu, ale myśli nieustannie krążą w mojej głowie. Od planów na nadchodzący tydzień, po „na co mi to?”. Staram się nie wkurzać na te myśli i łagodnie sobie powtarzam, że to normalne. Wracam do obserwacji wydechu i utrzymania chaotycznego tempa. Chyba daję z siebie wszystko. A może nie? Cholerny krytyk.

Druga faza

Idę w totalność. Może to za sprawą średnio udanej (w moje ocenie, no bo jakże, już się oceniłam) pierwszej fazy. Wyrzucam z siebie złość, z intensywnością, która samą mnie zaskakuje. Im bardziej zaskakuje, tym więcej chcę wyrzucać. Ciekawe doświadczenie, w którym jestem i obserwującym, i obserwowanym. Przez głowę przebiega mi myśl, że w tej fazie jeszcze nigdy nie byłam tak totalna. Teraz, już po fakcie, dochodzi do mnie, że zawsze do pewnego stopnia powstrzymywała mnie obecność innych osób. Wnioski zostawiam, dla siebie.

Trzecia faza

Tu zawsze mam po górkę. Nie lubię tego skakania. Mdleją mi ręce. Mam ochotę się poddać, szybko słabnę. Przypominam sobie słowa dziewczyn z My Meditation Space, że medytacja dynamiczna nie jest o fizyczności. Jeśli nie o tym, to o czym, do cholery?? Dobra, wracam do obserwacji wszystkiego nieprzyjemnego, co się ze mną dzieje. Opadają mi ręce. Nie wytrzymuję, ale wracam. Jay Shetty pisał, że małpi rozum szuka przyjemności i robi tylko to, co przynosi mu satysfakcję. Za to umysł mnicha we wszystkim szuka znaczenia. Dziś jestem mnichem. Bolą mnie łydki… Jestem pieprzonym mnichem.

Czwarta faza

Świat się zatrzymał. Dopóki nie pojawia się ból i totalne zmęczenie, jest przyjemnie. To taka przyjemna cisza totalna. Zgodnie z zalecaniami, próbuje nie oddychać głęboko, nie przełykać śliny, nie ruszać się. Wszystko po to, żeby zatrzymać energię. Coś w tym jest, bo kiedy tylko energia się rozprasza, słabnę. W głowie pojawia się coraz więcej myśli. Jak to było z tym mnichem? Nie pamiętam. Lewa ręka zaczyna mi drętwieć, ale utrzymuję ją do samego końca. Szukam rozluźnienia w niewygodnej pozycji. Chyba tak to robią mnisi i jogini. Mimo wszystko wracam co chwilę do obserwacji ciała i myśli.

Piąta faza

 Ależ ten taniec jest uwalniający! Ktoś (no chyba ten OSHO), dobrze to wszystko przemyślał. Celebruję, że przetrwałam i nie poddałam się. Chociaż miałam ochotę. Umysł też nie dawał mi spokoju. To nic. Czuję lekkość.

Po medytacji

To dziwne, ale nie czuję zmęczenia. Może przyjdzie za parę godzin, ale na razie siadam do pracy, z całkiem fajną energią. Zobaczymy, co będzie dalej.

Czytaj także:
Medytacja dynamiczna – pamiętnik z wyzwania medytacyjnego (dzień 2)
Medytacja dynamiczna – pamiętnik z wyzwania medytacyjnego (dzień 4)
Medytacja dynamiczna – pamiętnik z wyzwania medytacyjnego (tydzień drugi)
Medytacja dynamiczna – pamiętnik z wyzwania medytacyjnego (tydzień trzeci)

Leave a comment